Wpływ głodówki na ciało i umysł

Wpływ głodówki na ciało i umysł

Posty i głodówki są znane ludzkości od wieków. Stanowiły ważny element w praktykach joginów czy szamanów. Przez tych drugich były szczególnie chętnie stosowane w ramach terapii uzdrawiających. Za kolebkę głodówki leczniczej uznawane są co prawda starożytna Grecja i Egipt, ale wiemy, że stosowano ją również w leczeniu ciężkich chorób w Indiach. Co ciekawe największą nowożytną dokumentacją „leczenia głodem” dysponują Rosjanie. Przeprowadzili oni też największą liczbę badań i doświadczeń związanych z głodówkami leczniczymi. To właśnie tamtejsi badacze zanotowali przypadki remisji lub wyleczenia niektórych chorób psychicznych po zastosowaniu racjonalnego postu. Do dziś metoda ta jest tam bardzo popularna i nazywana często „operacją bez skalpela”. Nadal więc głodówkom przypisuje się właściwości prozdrowotne i głęboko oczyszczające organizm Rzeczywiście układ pokarmowy jest jedynym, którego funkcjonowanie możemy kontrolować w tak znacznym stopniu lub wręcz zatrzymać w czasie ścisłego postu. Czy jednak prosta teoria mówiąca, że odciążone od pokarmów ciało regeneruje się i uzdrawia ma potwierdzenie w rzeczywistości? A jeśli nawet, to czy cały proces ma tylko dobroczynne skutki?




Eksperyment głodowy w Minnesocie
   
Dobrym punktem wyjścia dla tematu głodu będzie doświadczenie przeprowadzone w 1944 roku w Stanach Zjednoczonych. Młody profesor i konsultant Departamentu Wojny, dr Ancel Keys z grupy 200 ochotników wybrał 36 zdrowych mężczyzn i poddał ich rocznemu eksperymentowi głodowemu.  W obliczu wojny i wyniszczonej nią Europy niedożywienie było coraz poważniejszym problemem. Badanie miało na celu pokazać jego krótko i długofalowe konsekwencje, by dzięki temu skuteczniej je łagodzić. Co ciekawe większość badanych odbywała Civilian Public Service, czyli ówczesną alternatywną dla wojskowej służbę w cywilu. Tacy rekruci pracowali zwykle na farmach lub w urzędach publicznych. Ochotnicy byli więc w dużej części pacyfistami, zmotywowanymi, by w ten sposób przysłużyć się nauce. Dzięki starannej selekcji wybrano osoby stabilne psychicznie. Obiektywnie rzecz biorąc nie byli oni głodzeni na żadnym etapie doświadczenia.
Składało się ono z czterech faz:

1. Etap kontrolny - przez 12 tygodni, wszyscy otrzymują te same posiłki, około 3210 kcal dziennie.

2. Głodówka trwająca 24 tygodnie. W tym czasie racje obcięto o połowę.
Uczestnicy badania spożywali 1600 kcal w formie dwóch prostych posiłków dziennie.

3. Faza ograniczonej rehabilitacji - 12 tygodni.  Dla sporej części badanych najtrudniejszy moment. Podzielono ich w tym czasie na cztery grupy - każda na innej diecie.

4. Nieograniczona rehabilitacja - trwająca 8 tygodni ostatnia część eksperymentu w której badani mogli jeść co chcieli i ile chcieli. Naukowcy ograniczyli się w niej do obserwacji.

Wspominaliśmy już, że poddani eksperymentowi mężczyźni nie głodowali. 1600 kcal, które otrzymywali na etapie postu, to norma dla większości diet. Mimo to już pierwsze tygodnie na ograniczonych racjach ciężko odbiły się na stanie psychicznym grupy. Początkowa ogólna apatia szybko przerodziła się w agresję i nieufność. Część badanych zaczęła jeść w ukryciu, a to nie jedyna zmiana, jaka zaszła w ich stosunku do jedzenia. W wielu dziennikach, które w czasie eksperymentu obowiązkowo prowadzili ochotnicy, ten temat przewija się wręcz obsesyjnie. Podobnie było z rozmowami. Po zakończeniu doświadczenia część z nich ze strachem wspominała okres głodówki, gdy pożywienie stało się jedynym sensem i treścią życia. Można założyć, że była to naturalna reakcja w warunkach badawczych, gdzie uczestnicy byli pozbawieni prywatności, jadali wspólnie, a ich codzienna aktywność pozostawała mocno kontrolowana. Może właśnie dlatego jeszcze trudniejszy okazał się następny etap, kiedy jadali więcej, ale nie po równo i nie to samo. Było to tak frustrujące, że w tym właśnie czasie doszło nawet do wypadku samookaleczenia.
Badanie jako całość pokazuje więc nie tylko fizyczne i psychiczne, ale również społeczne czy interpersonalne skutki długotrwałego niedożywienia. Wzbogaciło też znacząco wiedzę współczesnych badaczy i przyczyniło się do opracowania skutecznych metod odkarmiania głodujących.

Głodówka na życzenie

Doświadczenie przeprowadzone w Minnesocie jasno pokazuje, jaki wpływ na nasz stan psychiczny może mieć głód. Wiemy też, jak wyniszczająco, szczególnie na dłuższą metę, działa na ciało. Lekarze od lat jednogłośnie przestrzegają przed głodówkami. Skąd więc tylu zwolenników takiej metody leczniczej?
Już na wstępie wspomnieliśmy, że ścisłe posty są mocno zakorzenione w pierwotnych praktykach duchowych. Zupełne powstrzymywanie się od jedzenia było w nich nie tylko czasem oczyszczenia i wyciszenia, ale i próbą woli. Co ciekawe również współcześnie w relacjach z głodówek przewija się motyw sytuacji granicznej, wynikającego z niej przewartościowania i ogromnej satysfakcji z zapanowania nad własnym ciałem. Czy jest to jednak przede wszystkim bezpieczne? Okazuje się, że nie dla każdego. Do najważniejszych przeciwwskazań dla głodówki leczniczej należą: niedowaga, wiek rozwojowy, okres ciąży i karmienia piersią, niektóre choroby serca i stałe przyjmowanie leków. To ostatnie wyklucza często również osoby leczące się psychiatrycznie. Bardzo ważnym dla zdrowia czynnikiem jest również długość planowanego postu. Jednodniowe głodówki mające na celu pozbycie się nadmiaru wody z organizmu i odciążenie układu pokarmowego może stosować prawie każdy dorosły. Lecz do przerwy od jedzenia dłuższej niż jeden dzień należy się przygotować. A co podkreślają naturopaci, jeśli planujemy taki post po raz pierwszy, trzeba to robić pod opieką lekarza. Radzi to też Małachow, rosyjski uzdrawiacz i autor wielu poczytnych książek o głodówkach oczyszczających. Jego zdaniem pierwsza głodówka nie powinna trwać dłużej niż 5 czy 6 dni - do pierwszego przełomu kwasiczego. Co to takiego? Sprawdźmy, analizując stan ciała i umysłu w czasie pełnej głodówki. Jej długość to kwestia indywidualna, jednak entuzjaści długich postów przekonują, że pełen cykl daje trwałe efekty i może wyleczyć nawet choroby przewlekłe.

Okres przygotowawczy, najlepiej zaczynać wczesnym latem, gdy mamy najłatwiejszy dostęp do świeżych owoców i warzyw. Powinien on trwać minimum 2 tygodnie. W tym czasie wykluczamy stopniowo z jadłospisu mięso i nabiał. Ostatnie dni dobrze przeżyć na diecie owocowo-warzywnej lub samych sokach. Dzięki temu pierwszy etap będzie łatwiejszy. Nie oznacza to jednak, że pójdzie gładko i warto szczególnie na początku przygotować się na nieprzyjemne objawy. Rozdrażnienie, spadek energii i nastroju może pojawić się już na etapie diety redukcyjnej, szczególnie u osób, które do tej pory nie ograniczały w żaden sposób spożywania produktów odzwierzęcych. Pierwsze dni postu utrudnia dodatkowo oczywisty głód. U każdego z nas uczucie to łączy się automatycznie ze złością, wahaniami nastrojów i sporą drażliwością. Aby złagodzić te symptomy, warto, na ile to możliwe, ograniczyć kontakt z jedzeniem. Pomaga też woda, umiarkowany ruch, konieczne w głodówce lewatywy i, jak twierdzą zaprawieni w postach, urynoterapia. Nie warto jej jednak stosować bez odpowiedniej wiedzy na ten temat.
Okres pobudzenia pokarmowego, gdy opisane wyżej symptomy szczególnie nam dokuczają, trwa na szczęście krótko. W tym czasie możemy jednak tracić do kilograma dziennie, również przez to, że z ciała usuwany jest sód oraz nadmiar wody. Przez ten czas przemiana białkowa normalizuje się i znikają obrzęki. W organizmie zachodzą też zmiany hormonalne mające dostosować ciało do braku pożywienia. Gwałtownie skacze poziom hormonu wzrostu oraz substancji odpowiedzialnych za rozkład cukrów w wątrobie.  Procesy te powodują, że po dwóch czy trzech dniach uczucie łaknienia słabnie, a z czasem zupełnie zanika. Wielu głodujących doświadcza wtedy wzrostu energii. Nastrój się stabilizuje, a nasz organizm wchodzi w rytm postu.
Drugi etap głodówki, czyli „narastająca kwasica”, trwa kilka dni i kończy się pierwszym przełomem kwasiczym, który pojawia się między szóstym a dziesiątym dniem całego procesu. W tym czasie głód już nam tak nie dokucza, wzrasta za to uczucie pragnienia. Objawy fizyczne kwasicy, jakich możemy się spodziewać, to nudności (szczególnie po wypiciu większej ilości wody na raz), bóle i zawroty głowy oraz osłabienie. Skóra i wargi stają się suche, a na języku pojawia się charakterystyczny biały nalot. W żołądku zatrzymane zostaje wydzielanie kwasu solnego, przenikają więc do niego nienasycone kwasy tłuszczowe i białka. Te pierwsze pobudzają produkcję cholecystokininy, to między innymi dzięki niej w tym czasie tak intensywnie wydzielana jest żółć i oczyszcza się wątroba.
Sam przełom kwasiczy to nagłe, krótkotrwałe pogorszenie samopoczucia, wynikające nie jak się sądzi z zakwaszenia organizmu przez ciała ketonowe, powstające w wyniku spalania tłuszczów. A jeśli nawet, to tylko po części. Kryzys spowodowany jest głównie rozpoczętymi już wcześniej procesami detoksykacji. Zachodzi jednak i inna ważna zmiana. W tym czasie organizm przechodzi z odżywiania zewnętrznego na autotrawienie, jeszcze skuteczniej pozbywając się tego, co zbędne. W przebiegu pełnej głodówki mogą wystąpić aż trzy takie kryzysy. Przez naturopatów każdy z nich kojarzony jest z coraz głębszymi procesami oczyszczania i samoleczenia organizmu. Rzeczywiście już w pierwszym, zwykle najcięższym uwalniane zostają złogi i odzywają się ukryte stany zapalne. Na tym etapie u osób borykających się z nadwagą spalany jest tłuszcz. Ciała osób szczupłych przetwarzają w tym czasie zbędne lub zmienione chorobowo komórki.



Znaczna poprawa samopoczucia oznacza koniec przełomu. Może, ale nie musi być to najcięższy okres głodówki. Im lepiej się do tego przygotujemy, tym mniej toksyn będzie miał do usunięcia nasz organizm.
Dojście do tego etapu i kontrolowany powrót do jedzenia zalecane jest przy pierwszych postach. Jeśli w tym momencie jesteśmy gotowi dalej głodować, drugiego przełomu możemy spodziewać się dopiero około dwudziestego dnia i przechodzi się go zwykle dużo łagodniej. Ponieważ nastrój i funkcjonowanie stabilizują się, nie warto spodziewać się ani dużych kryzysów, ani zastrzyków energii i euforii pierwszych dni. W tym momencie, aby maksymalnie wykorzystać prozdrowotne właściwości głodówki racjonalnej, niezbędna jest dyscyplina. Skubnięty w ukryciu najmniejszy kęs wznawia perystaltykę jelit i przestawia organizm na tryb zewnętrzny. Takie rozchwianie może być niebezpieczne dla organizmu i zdecydowanie niekorzystnie wpływa na cały proces. Na tym etapie bardzo ważna jest też zarówno samoobserwacja, jak i okresowa kontrola lekarska. Podczas pełnej głodówki należy przynajmniej raz zrobić badania krwi i moczu oraz badania EKG według wskazań.
Wysiłek się opłaca. Ostatni z przełomów jest zdaniem wielu w stanie wyleczyć choroby przewlekłe i odmłodzić nasze ciało o kilka lat. Aby się o tym przekonać, trzeba jednak powstrzymać się od jedzenia na ponad dwadzieścia dni. Wyraźnym znakiem zakończenia pełnej głodówki jest powrót łaknienia. Z języka powinien zniknąć też biały nalot. Wiele osób właśnie w tym momencie doświadcza stanów euforycznych i swoistego olśnienia, do którego dążyli zarówno szamani, jak i starożytni grecy. Dalsze głodowanie może jednak doprowadzić do nieodwracalnych zmian w organizmie i w skrajnych przypadkach skończyć się śmiercią. Koniecznie więc jest przyjmowanie posiłków, stopniowo wprowadzając kolejne grupy produktów.  W czasie dobrze prowadzonej głodówki żaden z przełomów kwasiczych nie zagrozi naszemu zdrowiu. Odpowiednie nawodnianie i konieczne w czasie głodówki lewatywy znacznie łagodzą nieprzyjemne objawy. Jak na tak długie powstrzymywanie się od jedzenia reaguje umysł? Wraz z poprawą samopoczucia po przełomach pojawia się stabilny nastrój. Osoby praktykujące głodówki zgodnie przyznają, że gdy ciało wejdzie w rytm postu, umysł oczyszcza się i wycisza. Mimo okresowego osłabienia pojawia się też motywacja do działania i przyjemne uczucie lekkości ciała i ducha. Takie samopoczucie towarzyszy nam zapewne również w okresie adaptacji pokarmowej, na którą trzeba poświęcić tyle samo czasu, ile na sam post.

Mimo kontrowersji i mitów, jakie narosły wokół głodówek, te racjonalne mają zdecydowanie pozytywny wpływ na nasz organizm. Jeśli nie dotyczą nas wymienione na wstępie przeciwwskazania, warto rozważyć tę metodę bioodnowy, niekoniecznie i nie zawsze w pełnym cyklu. Ciekawą alternatywą są okresowe redukcje wybranych grup produktów i krótkie głodówki. Obojętnie na jaką formę się zdecydujemy, kluczem do sukcesu są wiedza, samoświadomość oraz dyscyplina.  Bo dobrze przeprowadzona głodówka może, jak widać, dosłownie odjąć nam lat.
Słowiańskie mantry - wprowadzenie

Słowiańskie mantry - wprowadzenie

Jeszcze w szkole zastanawiałam się, dlaczego na lekcjach polskiego czy historii tak dużo dowiadujemy się o kulturze starożytnej Grecji, nic przy okazji nie wiedząc o wierzeniach Słowian przed 966. Później zrozumiałam, czym jest model klasycznej edukacji i dostrzegłam więcej skutków chrystianizacji naszego kraju niż możemy wyczytać z podręczników. Chrzest oznaczał bowiem śmierć naszych pogańskich korzeni. Po kulturze dawnych Słowian zostało niewiele, Polan - właściwie nic. Dlatego współcześnie wiedzę na ten temat możemy czerpać ze źródeł rosyjskich czy białoruskich. Dzięki nim zainteresowani mogą poznać choć część mitologii, symboliki czy słowiańskich praktyk duchowych. Pisaliśmy już o tym zagadnieniu (tekst Prapolska), a także o systemie ćwiczeń Stojąca Woda (tutaj). Praktyka ta miała za zadanie zadbać o dobrą kondycję ciała i umysłu słowiańskich kobiet. Możemy z niej korzystać dzięki mozolnej pracy poszukiwawczej i rekonstrukcjom badaczy najdawniejszej kultury rodzimej.
Dziś chcę wam pokazać Agmy, czyli słowiańskie mantry. Okazuje się bowiem, że to, czego wielu szuka w dalekich Indiach czy Tybecie mamy też u siebie.




Agma (Агма) w wierzeniach słowiańskich oznacza Słowo Mocy, dźwięk, w który wciela się sam Bóg. Gdy zostaje ono wypowiedziane, uruchamia i pobudza cały układ energetyczny do zmiany częstotliwości. Sprzyja to przemianie duchowej i cielesnej oraz pogłębia świadomość bycia tu i teraz. Systematycznie powtarzane Agmy z poprzedzającą je odpowiednią intencją wprawiają w głęboki stan medytacyjny - tak jak przypadku buddyjskich mantr.
Ponieważ słowom tym przypisuje się boskie pochodzenie, często wykorzystywano je również w praktykach leczenia i samoleczenia, wierząc, że dźwięk w odpowiedniej częstotliwości rezonuje w ciele, wzmacniając je. Co ciekawe mantry wszystkich kultur w większości nie mają bezpośredniego odniesienia w języku. Ważniejsza od znaczenia jest intencja wypowiedzi i, jak już wspomnieliśmy, częstotliwość samego dźwięku.

Jedną z najpopularniejszych słowiańskich Mantr jest RADORO DARO SLAWO (РАДОРО ДАРО СЛАВО). Każde z tych słów ma inne zadanie. RADORO przywraca równowagę systemu energetycznego sprzyja i budowaniu bliskich więzi międzyludzkich. DARO odsłania i rozwiązuje konflikty wewnętrzne, będąc przy okazji niezwykle silnym zaklęciem ochronnym. Ostatnie ze słów mocy pomaga wyciszyć gonitwę myśli i wzmacnia intuicję dzięki klarowaniu naszego wewnętrznego głosu.
Dodatkowo ta wersja nagrana jest w częstotliwości 432 Hz, która nazywana jest często strojem naturalnym Solfeggio. Jest to poziom wibracji najczęściej występujący w przyrodzie i bardzo przyjazny dla naszego ciała i umysłu.



Seriale, w których kobiety noszą nietuzinkowe mundurki

Seriale, w których kobiety noszą nietuzinkowe mundurki

Netflix wypuścił niedawno szósty sezon niezwykle popularnego Orange is the new black, a nieco wcześniej kontynuację Glow. Oba seriale to produkcja Lionsgate Television, która inwestuje w wątki kobiece. Na szczęście w tych serialach stereotyp próżnej i wąsko myślącej lali jest odsunięty na bok.




Zainteresowanie scenarzystów niezinfiltrowanymi jeszcze na ekranie środowiskami kobiecymi prowokuje i owocuje. Zarówno w grupie wrestlerek, jak i więźniarek nie brak mocnych i złożonych charakterów. A sytuacje, w jakich stawiane są bohaterki, świetnie odmalowują ich rys psychologiczny. Oczywiście pojawiają się też wątki pokazujące, że w jedności siła - nawet jeśli chodzi o bunt w zakładzie karnym.

Oba seriale zdają się jednak mieć nieco większe ambicje. Społeczne zacięcie widać szczególnie w Orange, który skupia się na losach kobiet z różnych warstw społecznych. Więzienie jest idealną przestrzenią do ukazania ich zawiłych historii. Pętle przemocy, nierówność czy nadużywanie władzy to codzienność Litchfield. Wszystko to na szczęście doprawione jest solidną dawką humoru. 


Glow to inna bajka. Znakomicie oddany klimat lat 80 jest areną osobistych historii na pozór niezwiązanych ze sobą niczym kobiet. Łączy je dopiero udział w dziwnym, seksistowskim przedstawieniu z rolą w którym każda radzi sobie po swojemu. Większość z nich zwyczajnie potrzebuje kasy, a Glow  do wypłaty dodaje popularność w bonusie. A przynajmniej to obiecuje.

Obie produkcje są gratką dla tych, którzy lubią nietuzinkowych bohaterów i czarny humor. Oczywiście spodobają się na pewno sporej części kobiet. Nie warto jednak konkretyzować w tym przypadku widza idealnego. Orange i Glow wciągną każdego, kto lubi nieoczywiste historie i wie, że świat rzadko jest czarno-biały. 


Czy da się żyć bez śmieci?

Czy da się żyć bez śmieci?

Codzienność wiąże się z produkcją śmieci i to nie tylko współcześnie. Jako gatunek śmieciliśmy od zawsze. Korzystają na tym archeolodzy, czerpiąc bogatą wiedzę o życiu sprzed wieków właśnie z ówczesnych wysypisk. 



Miejsca ustalone na składowanie odpadów towarzyszą człowiekowi od kiedy porzucił koczowniczy tryb życia. Kolejne warstwy śmieci układają się badaczom w spójny obraz codziennych aktywności i zwyczajów. Ilość oraz sposób składowania odpadów pozwalają też ocenić wielkość starożytnych miast i ich administrację - również jeśli chodzi o usługi komunalne. Bo choć często są one postrzegane jako zajęcia niechlubne, okazują się kluczowe dla zdrowia i higieny ogółu. Dobrze wie o tym natura, która o niebo lepiej od człowieka radzi sobie z własnymi odpadami, a śmieci przecież sporo. Każdy ekosystem ma ogniwa odpowiedzialne za dojadanie resztek i wykorzystywanie odchodów, a przy okazji czyszczenie wody gleby czy powietrza. Jak ważne są choćby te pierwsze pokazuje dzisiejsza sytuacja w Afryce. Przez spadającą liczbę sępów dochodzi tam do zatrucia rzek gnijącą padliną. Skutki tych zanieczyszczeń dotykają oczywiście również ludzi. Natura posiada niesamowicie skuteczne systemy samooczyszczania. Zatruwamy ją jednak zbyt szybko. Dziś okazuje się, że nie tylko toniemy w śmieciach, ale i topimy w nich świat. Gdzie popełniono błąd?

Problem śmieci powstaje wraz ze zbieraniem się ludzi w większe skupiska. Nim wszyscy jasno zrozumieli zależność między brudem a chorobami, z odpadkami radzono sobie często dość bezceremonialnie, na przykład wylewając nieczystości wprost z okien do zamkowej fosy albo wprost na ulicę. Mimo że średniowieczne epidemie podszkoliły nieco ludność w aspekcie podstaw higieny, dopiero w XVI wieku w dużych miastach zachodniej Europy nałożono na obywateli obowiązek dbania o czystość obejść i miejsc publicznych. I tak wsie oraz małe miasteczka stały się czystsze. Niższy poziom życia i utrudniony dostęp do dóbr wymuszał tam oszczędność, recykling i handel wymienny, a to redukowało liczbę śmieci. Warto zauważyć, że i dawniej i dziś mniej śmieci produkują małe, odizolowane społeczności. Ich członkowie, mając świadomość, jak cenna jest przestrzeń życiowa, nie marnują jej na wysypiska. Pozyskując niewiele z zewnątrz, starają się maksymalnie wykorzystać dostępne zasoby.
W wyraźnej opozycji do tego stylu życia stoi dzisiejszy konsumpcjonizm.
U jego podstaw leży era uprzemysłowienia, która stała się przy okazji punktem wyraźnej zwyżki w produkcji śmieci. Fabryki i ich masowa produkcja nadal łączą się z ogromem zanieczyszczeń. Tylko w naszym kraju odpady przemysłowe to około 150 tysięcy ton rocznie. Ilość niewyobrażalna, tym bardziej że większość z tych odpadów nie podlega recyklingowi i trafi na wysypiska, gdzie leży już ponad 2 miliardy ton śmieci. Dwa miliardy! I to tylko u nas. Współczesność sprzyja też powstawaniu miast, w których trudniej zarządzać odpadami. Szczególnie, gdy jest ich całe mnóstwo, a tak właśnie jest najczęściej. Bo jeśli przyjrzeć się zakupom zrobionym w osiedlowym spożywczaku, właściwie wszystko jest zapakowane. Niektóre owoce czy warzywa możemy kupić bez zawijania w torebkę i to tyle. Wszechobecny plastik, czyli najbardziej wytrzymały z odpadów, najpewniej przeżyje nasze wnuki. Jeśli wcześniej nie utopimy się w nim my czy wieloryby, które coraz częściej umierają przez połykanie ogromnych ilości tego świństwa.
Oczywiście recykling jest stosowany i pozostaje mieć szczerą nadzieję, że to coś daje, bo dla tworzyw sztucznych zwyczajne brakuje alternatyw. Z danych statystycznych jasno wynika, że coraz lepiej radzą sobie z tym i innymi rodzajami odpadów kraje rozwinięte. Świetnym przykładem jest Szwecja, która składuje obecnie tylko około procenta odpadów, resztę wykorzystuje wtórnie lub przetwarza w energię.Tymczasem u nas zdaje się zachodzić proces odwrotny. Ujawnione niedawno dane Ministerstwa Środowiska jasno pokazują, że do naszego kraju w 2017 wwieziono prawie 378 tysięcy ton śmieci z zagranicy. Sami rok wcześniej produkowaliśmy 303 kilogramy na głowę. Nie ma chyba sensu liczyć ile to razem.



Aby jednak oddać sprawiedliwość współczesny człowiek dużo śmieci, ale też on po raz pierwszy zabrał się na poważnie za utylizację odpadów. Zwyczajnie musiał, bo jak widać produkuje ich potworne ilości, ale - co pewnie ważniejsze - to się po prostu opłaca. Oczywiście nie tylko przyrodzie, ale i przedsiębiorcom. Firmy świadczące usługi komunalne obracają dziś miliardami dolarów. Z chwilą, gdy utylizacja odpadów stała się biznesem, branża ta szuka coraz skuteczniejszych i bardziej opłacalnych metod radzenia sobie ze śmieciami. Jedną z ciekawszych jest gazyfikacja plazmowa. Proces ten opiera się na energii zamkniętej w wiązaniach chemicznych. Mówiąc najprościej wyładowania elektryczne zachodzące w zamkniętym gazie są źródłem plazmy. W przyrodzie najbardziej zbliżona do niej jest błyskawica. Technologię tę można więc porównać do intensywnej burzy w zamkniętej w butelce. Wysoka temperatura powoduje rozpad wszystkich wiązań chemicznych w każdej materii. Można więc w ten sposób utylizować wszystko. Co zostaje z takiego spalania? Syntetyczny gaz i żużel. Obie te substancje można wykorzystać. Pierwszą jako paliwo, a drugą w budownictwie.
Rozwiązanie to jest bardzo skuteczne i wydajne. Jeden dzień pracy takiej nowoczesnej spalarni to aż 200 ton śmieci mniej. Nic więc dziwnego, że staje się bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, Chinach czy Japonii.

Wybrany styl życia sprawia, że jako gatunek nie oszczędzamy naszej planety. Zanieczyszczenie środowiska, przemysłowa hodowla zwierząt czy nadmiernie eksploatacyjna gospodarka energetyczna to tylko niektóre z nierozwiązanych jeszcze problemów współczesnego świata. Każdy z nich wpływa na nas bezpośrednio, nawet, gdy tego nie widzimy. Dlatego tak cenne są pojawiające się ostatnio inicjatywy, takie jak restauracje “zero waste” czy sklepy bez opakowań.Te drugie można już znaleźć w największych miastach Polski. Zadowoleni klienci kupują tam na wagę i wynoszą towar we własnych pojemnikach. Jest tego jeszcze mało, ale kierunek jest dobry. Wygląda na to, że po szaleństwie bezmyślnego śmiecenia budzi się w nas powoli instynkt samozachowawczy. Ale do życia bez śmieci (czy choćby racjonalnej gospodarki nimi) jeszcze daleka droga.

Szaman, muchomor i święty Mikołaj

Szaman, muchomor i święty Mikołaj

Wszystkie współczesne religie mają źródło w wierzeniach pierwotnych. Czasy, w których ludzie nie stworzyli jeszcze konkretnych dogmatów, gdy rodziły się mity nazywamy dziś okresem preanimizmu. Dzięki badaniom antropologicznym wiemy, że panowało wtedy niekonkretne, ale mocne przekonanie ludzi o istnieniu czegoś większego od nich. Dowodem na to i samym bóstwem była wtedy mana, czyli energia drzemiąca zarówno w ludziach roślinach i zwierzętach jak i żywiołach. Osobą uprawnioną do kontaktu z tym co nadnaturalne był szaman, a jego portalem magia. Wiedza o symbolach i rytuałach była przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie była dostępna dla każdego. Dlatego szaman - uzdrowiciel był jedną z najważniejszych osób w społeczności. Jeden z jego artefaktów stanowiły zioła i rośliny o działaniu narkotycznym wykorzystywane zarówno do leczenia jak i rytuałów. 
Każda kultura posiada własne święte rośliny. Wiemy o koce czy ayahuasce. Chce się jednak skupić na czymś mniej egzotycznym, czyli muchomorze czerwonym. Obecnie grzyb ten nie cieszy się dobrą sławą, dlatego zaskoczyć może fakt, że kiedyś (i zapewne nadal) używany był do leczenia i obrzędów szamańskich. W internecie znaleźć można informacje o Grzybogu, jak nazywa się czasem tę roślinę, przypisując jej ogromną moc i ważną rolę w każdej właściwie kulturze. By jednak nie wikłać się w zbyt szerokie poszukiwania, skupię się na pierwotnej kulturze Syberyjskiej. Na tym obszarze obecność tego grzyba w obrzędach mistycznych jest najlepiej udokumentowana. Nie można jednak wykluczyć że muchomor był używany również w całej Europie. 



Używka ta służyła nie tylko leczeniu chorób za pomocą oczyszczenia duchowego. Była też częścią uczt i obrzędów mających zjednoczyć społeczność. Oczywiście nigdy nie spożywano jej na surowo. Grzyb musiał być wcześniej wysuszony nad ogniskiem lub na słońcu. Następnie zjadano go w formie suszu, z sokiem lub alkoholem. Objawy lekkiego zatrucia przy dobrze przygotowanym surowcu były krótkie lub nie występowały wcale. Po około godzinie biesiadnicy zapadali w półsen będący mistyczną wędrówką duszy. Co ciekawe w tej fazie bardzo często występuje zjawisko mikropsji lub makropsji, czyli zaburzeń w postrzeganiu wielkości przedmiotów. Może stąd właśnie wzięły się baśnie o olbrzymach i krasnoludkach? Nazajutrz po spożyciu muchomora częstą praktyką wśród szamanów było picie własnego moczu. Pozwalało to na osiągnięcie odmiennego stanu świadomości jeszcze raz, wzmacniało też podobno prozdrowotne aspekty rytuału. Warto podkreślić, że urynoterapia była częstą metodą leczniczą w społecznościach pierwotnych, a obecnie naukowcy znajdują w moczu komórki macierzyste, więc może coś w tym jest?

Skąd w tytule tekstu św. Mikołaj? Pasjonaci Grzyboga doszukują się jego symboliki zarówno w sztuce klasycznej jak i popkulturze, właściwie wszędzie. Mikołaj ze swoim biało-czerwonym strojem i latającym zaprzęgiem reniferów bardzo tu pasuje. Dlaczego? Nie tylko przez adekwatne kolory. Wrażenie latania czy lewitacji było bardzo częstym objawem po spożyciu muchomorowego wywaru. Prócz tego reniferom podobno zdarza się zjadać wspomniane grzyby, a nawet pić potem swój mocz. Nie wierzycie? Poczytajcie o jaguarach i ayachuasce czy słoniach i sfermentowanych owocach. Zwierzęta też mają swoje nałogi.😊

Copyright © 2016-2018 celebruj czas wolny , Blogger