Słowiańskie mantry - wprowadzenie

Słowiańskie mantry - wprowadzenie

Jeszcze w szkole zastanawiałam się, dlaczego na lekcjach polskiego czy historii tak dużo dowiadujemy się o kulturze starożytnej Grecji, nic przy okazji nie wiedząc o wierzeniach Słowian przed 966. Później zrozumiałam, czym jest model klasycznej edukacji i dostrzegłam więcej skutków chrystianizacji naszego kraju niż możemy wyczytać z podręczników. Chrzest oznaczał bowiem śmierć naszych pogańskich korzeni. Po kulturze dawnych Słowian zostało niewiele, Polan - właściwie nic. Dlatego współcześnie wiedzę na ten temat możemy czerpać ze źródeł rosyjskich czy białoruskich. Dzięki nim zainteresowani mogą poznać choć część mitologii, symboliki czy słowiańskich praktyk duchowych. Pisaliśmy już o tym zagadnieniu (tekst Prapolska), a także o systemie ćwiczeń Stojąca Woda (tutaj). Praktyka ta miała za zadanie zadbać o dobrą kondycję ciała i umysłu słowiańskich kobiet. Możemy z niej korzystać dzięki mozolnej pracy poszukiwawczej i rekonstrukcjom badaczy najdawniejszej kultury rodzimej.
Dziś chcę wam pokazać Agmy, czyli słowiańskie mantry. Okazuje się bowiem, że to, czego wielu szuka w dalekich Indiach czy Tybecie mamy też u siebie.




Agma (Агма) w wierzeniach słowiańskich oznacza Słowo Mocy, dźwięk, w który wciela się sam Bóg. Gdy zostaje ono wypowiedziane, uruchamia i pobudza cały układ energetyczny do zmiany częstotliwości. Sprzyja to przemianie duchowej i cielesnej oraz pogłębia świadomość bycia tu i teraz. Systematycznie powtarzane Agmy z poprzedzającą je odpowiednią intencją wprawiają w głęboki stan medytacyjny - tak jak przypadku buddyjskich mantr.
Ponieważ słowom tym przypisuje się boskie pochodzenie, często wykorzystywano je również w praktykach leczenia i samoleczenia, wierząc, że dźwięk w odpowiedniej częstotliwości rezonuje w ciele, wzmacniając je. Co ciekawe mantry wszystkich kultur w większości nie mają bezpośredniego odniesienia w języku. Ważniejsza od znaczenia jest intencja wypowiedzi i, jak już wspomnieliśmy, częstotliwość samego dźwięku.

Jedną z najpopularniejszych słowiańskich Mantr jest RADORO DARO SLAWO (РАДОРО ДАРО СЛАВО). Każde z tych słów ma inne zadanie. RADORO przywraca równowagę systemu energetycznego sprzyja i budowaniu bliskich więzi międzyludzkich. DARO odsłania i rozwiązuje konflikty wewnętrzne, będąc przy okazji niezwykle silnym zaklęciem ochronnym. Ostatnie ze słów mocy pomaga wyciszyć gonitwę myśli i wzmacnia intuicję dzięki klarowaniu naszego wewnętrznego głosu.
Dodatkowo ta wersja nagrana jest w częstotliwości 432 Hz, która nazywana jest często strojem naturalnym Solfeggio. Jest to poziom wibracji najczęściej występujący w przyrodzie i bardzo przyjazny dla naszego ciała i umysłu.



Seriale, w których kobiety noszą nietuzinkowe mundurki

Seriale, w których kobiety noszą nietuzinkowe mundurki

Netflix wypuścił niedawno szósty sezon niezwykle popularnego Orange is the new black, a nieco wcześniej kontynuację Glow. Oba seriale to produkcja Lionsgate Television, która inwestuje w wątki kobiece. Na szczęście w tych serialach stereotyp próżnej i wąsko myślącej lali jest odsunięty na bok.




Zainteresowanie scenarzystów niezinfiltrowanymi jeszcze na ekranie środowiskami kobiecymi prowokuje i owocuje. Zarówno w grupie wrestlerek, jak i więźniarek nie brak mocnych i złożonych charakterów. A sytuacje, w jakich stawiane są bohaterki, świetnie odmalowują ich rys psychologiczny. Oczywiście pojawiają się też wątki pokazujące, że w jedności siła - nawet jeśli chodzi o bunt w zakładzie karnym.

Oba seriale zdają się jednak mieć nieco większe ambicje. Społeczne zacięcie widać szczególnie w Orange, który skupia się na losach kobiet z różnych warstw społecznych. Więzienie jest idealną przestrzenią do ukazania ich zawiłych historii. Pętle przemocy, nierówność czy nadużywanie władzy to codzienność Litchfield. Wszystko to na szczęście doprawione jest solidną dawką humoru. 


Glow to inna bajka. Znakomicie oddany klimat lat 80 jest areną osobistych historii na pozór niezwiązanych ze sobą niczym kobiet. Łączy je dopiero udział w dziwnym, seksistowskim przedstawieniu z rolą w którym każda radzi sobie po swojemu. Większość z nich zwyczajnie potrzebuje kasy, a Glow  do wypłaty dodaje popularność w bonusie. A przynajmniej to obiecuje.

Obie produkcje są gratką dla tych, którzy lubią nietuzinkowych bohaterów i czarny humor. Oczywiście spodobają się na pewno sporej części kobiet. Nie warto jednak konkretyzować w tym przypadku widza idealnego. Orange i Glow wciągną każdego, kto lubi nieoczywiste historie i wie, że świat rzadko jest czarno-biały. 


Czy da się żyć bez śmieci?

Czy da się żyć bez śmieci?

Codzienność wiąże się z produkcją śmieci i to nie tylko współcześnie. Jako gatunek śmieciliśmy od zawsze. Korzystają na tym archeolodzy, czerpiąc bogatą wiedzę o życiu sprzed wieków właśnie z ówczesnych wysypisk. 



Miejsca ustalone na składowanie odpadów towarzyszą człowiekowi od kiedy porzucił koczowniczy tryb życia. Kolejne warstwy śmieci układają się badaczom w spójny obraz codziennych aktywności i zwyczajów. Ilość oraz sposób składowania odpadów pozwalają też ocenić wielkość starożytnych miast i ich administrację - również jeśli chodzi o usługi komunalne. Bo choć często są one postrzegane jako zajęcia niechlubne, okazują się kluczowe dla zdrowia i higieny ogółu. Dobrze wie o tym natura, która o niebo lepiej od człowieka radzi sobie z własnymi odpadami, a śmieci przecież sporo. Każdy ekosystem ma ogniwa odpowiedzialne za dojadanie resztek i wykorzystywanie odchodów, a przy okazji czyszczenie wody gleby czy powietrza. Jak ważne są choćby te pierwsze pokazuje dzisiejsza sytuacja w Afryce. Przez spadającą liczbę sępów dochodzi tam do zatrucia rzek gnijącą padliną. Skutki tych zanieczyszczeń dotykają oczywiście również ludzi. Natura posiada niesamowicie skuteczne systemy samooczyszczania. Zatruwamy ją jednak zbyt szybko. Dziś okazuje się, że nie tylko toniemy w śmieciach, ale i topimy w nich świat. Gdzie popełniono błąd?

Problem śmieci powstaje wraz ze zbieraniem się ludzi w większe skupiska. Nim wszyscy jasno zrozumieli zależność między brudem a chorobami, z odpadkami radzono sobie często dość bezceremonialnie, na przykład wylewając nieczystości wprost z okien do zamkowej fosy albo wprost na ulicę. Mimo że średniowieczne epidemie podszkoliły nieco ludność w aspekcie podstaw higieny, dopiero w XVI wieku w dużych miastach zachodniej Europy nałożono na obywateli obowiązek dbania o czystość obejść i miejsc publicznych. I tak wsie oraz małe miasteczka stały się czystsze. Niższy poziom życia i utrudniony dostęp do dóbr wymuszał tam oszczędność, recykling i handel wymienny, a to redukowało liczbę śmieci. Warto zauważyć, że i dawniej i dziś mniej śmieci produkują małe, odizolowane społeczności. Ich członkowie, mając świadomość, jak cenna jest przestrzeń życiowa, nie marnują jej na wysypiska. Pozyskując niewiele z zewnątrz, starają się maksymalnie wykorzystać dostępne zasoby.
W wyraźnej opozycji do tego stylu życia stoi dzisiejszy konsumpcjonizm.
U jego podstaw leży era uprzemysłowienia, która stała się przy okazji punktem wyraźnej zwyżki w produkcji śmieci. Fabryki i ich masowa produkcja nadal łączą się z ogromem zanieczyszczeń. Tylko w naszym kraju odpady przemysłowe to około 150 tysięcy ton rocznie. Ilość niewyobrażalna, tym bardziej że większość z tych odpadów nie podlega recyklingowi i trafi na wysypiska, gdzie leży już ponad 2 miliardy ton śmieci. Dwa miliardy! I to tylko u nas. Współczesność sprzyja też powstawaniu miast, w których trudniej zarządzać odpadami. Szczególnie, gdy jest ich całe mnóstwo, a tak właśnie jest najczęściej. Bo jeśli przyjrzeć się zakupom zrobionym w osiedlowym spożywczaku, właściwie wszystko jest zapakowane. Niektóre owoce czy warzywa możemy kupić bez zawijania w torebkę i to tyle. Wszechobecny plastik, czyli najbardziej wytrzymały z odpadów, najpewniej przeżyje nasze wnuki. Jeśli wcześniej nie utopimy się w nim my czy wieloryby, które coraz częściej umierają przez połykanie ogromnych ilości tego świństwa.
Oczywiście recykling jest stosowany i pozostaje mieć szczerą nadzieję, że to coś daje, bo dla tworzyw sztucznych zwyczajne brakuje alternatyw. Z danych statystycznych jasno wynika, że coraz lepiej radzą sobie z tym i innymi rodzajami odpadów kraje rozwinięte. Świetnym przykładem jest Szwecja, która składuje obecnie tylko około procenta odpadów, resztę wykorzystuje wtórnie lub przetwarza w energię.Tymczasem u nas zdaje się zachodzić proces odwrotny. Ujawnione niedawno dane Ministerstwa Środowiska jasno pokazują, że do naszego kraju w 2017 wwieziono prawie 378 tysięcy ton śmieci z zagranicy. Sami rok wcześniej produkowaliśmy 303 kilogramy na głowę. Nie ma chyba sensu liczyć ile to razem.



Aby jednak oddać sprawiedliwość współczesny człowiek dużo śmieci, ale też on po raz pierwszy zabrał się na poważnie za utylizację odpadów. Zwyczajnie musiał, bo jak widać produkuje ich potworne ilości, ale - co pewnie ważniejsze - to się po prostu opłaca. Oczywiście nie tylko przyrodzie, ale i przedsiębiorcom. Firmy świadczące usługi komunalne obracają dziś miliardami dolarów. Z chwilą, gdy utylizacja odpadów stała się biznesem, branża ta szuka coraz skuteczniejszych i bardziej opłacalnych metod radzenia sobie ze śmieciami. Jedną z ciekawszych jest gazyfikacja plazmowa. Proces ten opiera się na energii zamkniętej w wiązaniach chemicznych. Mówiąc najprościej wyładowania elektryczne zachodzące w zamkniętym gazie są źródłem plazmy. W przyrodzie najbardziej zbliżona do niej jest błyskawica. Technologię tę można więc porównać do intensywnej burzy w zamkniętej w butelce. Wysoka temperatura powoduje rozpad wszystkich wiązań chemicznych w każdej materii. Można więc w ten sposób utylizować wszystko. Co zostaje z takiego spalania? Syntetyczny gaz i żużel. Obie te substancje można wykorzystać. Pierwszą jako paliwo, a drugą w budownictwie.
Rozwiązanie to jest bardzo skuteczne i wydajne. Jeden dzień pracy takiej nowoczesnej spalarni to aż 200 ton śmieci mniej. Nic więc dziwnego, że staje się bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, Chinach czy Japonii.

Wybrany styl życia sprawia, że jako gatunek nie oszczędzamy naszej planety. Zanieczyszczenie środowiska, przemysłowa hodowla zwierząt czy nadmiernie eksploatacyjna gospodarka energetyczna to tylko niektóre z nierozwiązanych jeszcze problemów współczesnego świata. Każdy z nich wpływa na nas bezpośrednio, nawet, gdy tego nie widzimy. Dlatego tak cenne są pojawiające się ostatnio inicjatywy, takie jak restauracje “zero waste” czy sklepy bez opakowań.Te drugie można już znaleźć w największych miastach Polski. Zadowoleni klienci kupują tam na wagę i wynoszą towar we własnych pojemnikach. Jest tego jeszcze mało, ale kierunek jest dobry. Wygląda na to, że po szaleństwie bezmyślnego śmiecenia budzi się w nas powoli instynkt samozachowawczy. Ale do życia bez śmieci (czy choćby racjonalnej gospodarki nimi) jeszcze daleka droga.

Szaman, muchomor i święty Mikołaj

Szaman, muchomor i święty Mikołaj

Wszystkie współczesne religie mają źródło w wierzeniach pierwotnych. Czasy, w których ludzie nie stworzyli jeszcze konkretnych dogmatów, gdy rodziły się mity nazywamy dziś okresem preanimizmu. Dzięki badaniom antropologicznym wiemy, że panowało wtedy niekonkretne, ale mocne przekonanie ludzi o istnieniu czegoś większego od nich. Dowodem na to i samym bóstwem była wtedy mana, czyli energia drzemiąca zarówno w ludziach roślinach i zwierzętach jak i żywiołach. Osobą uprawnioną do kontaktu z tym co nadnaturalne był szaman, a jego portalem magia. Wiedza o symbolach i rytuałach była przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie była dostępna dla każdego. Dlatego szaman - uzdrowiciel był jedną z najważniejszych osób w społeczności. Jeden z jego artefaktów stanowiły zioła i rośliny o działaniu narkotycznym wykorzystywane zarówno do leczenia jak i rytuałów. 
Każda kultura posiada własne święte rośliny. Wiemy o koce czy ayahuasce. Chce się jednak skupić na czymś mniej egzotycznym, czyli muchomorze czerwonym. Obecnie grzyb ten nie cieszy się dobrą sławą, dlatego zaskoczyć może fakt, że kiedyś (i zapewne nadal) używany był do leczenia i obrzędów szamańskich. W internecie znaleźć można informacje o Grzybogu, jak nazywa się czasem tę roślinę, przypisując jej ogromną moc i ważną rolę w każdej właściwie kulturze. By jednak nie wikłać się w zbyt szerokie poszukiwania, skupię się na pierwotnej kulturze Syberyjskiej. Na tym obszarze obecność tego grzyba w obrzędach mistycznych jest najlepiej udokumentowana. Nie można jednak wykluczyć że muchomor był używany również w całej Europie. 



Używka ta służyła nie tylko leczeniu chorób za pomocą oczyszczenia duchowego. Była też częścią uczt i obrzędów mających zjednoczyć społeczność. Oczywiście nigdy nie spożywano jej na surowo. Grzyb musiał być wcześniej wysuszony nad ogniskiem lub na słońcu. Następnie zjadano go w formie suszu, z sokiem lub alkoholem. Objawy lekkiego zatrucia przy dobrze przygotowanym surowcu były krótkie lub nie występowały wcale. Po około godzinie biesiadnicy zapadali w półsen będący mistyczną wędrówką duszy. Co ciekawe w tej fazie bardzo często występuje zjawisko mikropsji lub makropsji, czyli zaburzeń w postrzeganiu wielkości przedmiotów. Może stąd właśnie wzięły się baśnie o olbrzymach i krasnoludkach? Nazajutrz po spożyciu muchomora częstą praktyką wśród szamanów było picie własnego moczu. Pozwalało to na osiągnięcie odmiennego stanu świadomości jeszcze raz, wzmacniało też podobno prozdrowotne aspekty rytuału. Warto podkreślić, że urynoterapia była częstą metodą leczniczą w społecznościach pierwotnych, a obecnie naukowcy znajdują w moczu komórki macierzyste, więc może coś w tym jest?

Skąd w tytule tekstu św. Mikołaj? Pasjonaci Grzyboga doszukują się jego symboliki zarówno w sztuce klasycznej jak i popkulturze, właściwie wszędzie. Mikołaj ze swoim biało-czerwonym strojem i latającym zaprzęgiem reniferów bardzo tu pasuje. Dlaczego? Nie tylko przez adekwatne kolory. Wrażenie latania czy lewitacji było bardzo częstym objawem po spożyciu muchomorowego wywaru. Prócz tego reniferom podobno zdarza się zjadać wspomniane grzyby, a nawet pić potem swój mocz. Nie wierzycie? Poczytajcie o jaguarach i ayachuasce czy słoniach i sfermentowanych owocach. Zwierzęta też mają swoje nałogi.😊

O wychodzeniu z ciała

O wychodzeniu z ciała

Czy skrót OBE coś wam mówi? Pochodzi on od angielskiego out of body experience i oznacza świadome wyjście z ciała. Stan ten, którego istnieniu nauka oficjalnie zaprzecza, umożliwia obserwację rzeczywistości lub planu astralnego spoza własnego ciała. Osoby specjalizujące się w ezoteryce twierdzą, że każdy z nas doświadczył tego stanu choćby kilka razy w życiu. Jednak bez zachowania pełnej świadomości nie można go ani zapamiętać, ani oczywiście kontrolować.
Najbardziej znanym badaczem tego zjawiska był Robert A. Monroe, biznesmen i racjonalista, który dzięki własnym doświadczeniom z OBE stał się krzewicielem wiedzy o podróżach astralnych. W ciągu życia napisał o tym 3 książki. W latach 50-tych założył też instytut zajmujący się głównie dźwiękową synchronizacją półkul mózgowych, jako najskuteczniejszą metodą wywołania odmiennych stanów świadomości. Z punktu widzenia ezoteryki zjawisko to badał również Robert Bruce, który swoje obserwacje i teorie spisał w „Traktacie o Projekcji Astralnej”. Jego badania dowiodły, że fenomen OBE można wywołać licznymi sposobami, np. poprzez wyobrażenie sobie podczas snu spadania z dachu. Ale o tym na koniec.


Wcześniej warto jeszcze wspomnieć o trzech różnych sferach, które według Monroe’a możemy odwiedzić w czasie stanu OBE. Pierwszym z nich jest nasza rzeczywistość. Po udanym wyjściu z ciała na tym planie widzimy więc nasz pokój, łózko i leżące na nim nasze ciało. Podobno podświadomość może tu dokonywać niewielkich zniekształceń, np. wielkościowych. Ale praktyka i nabieranie doświadczenia w podróżach może zniwelować je zupełnie. Drugim miejscem, do którego trafić mogą bardziej doświadczeni podróżnicy jest astral, czyli sfera duchowa niedostępna nam w zwykłych warunkach. Napisano o niej sporo, więc zainteresowanych odsyłam do stosownej literatury. Dość jednak powiedzieć, że spotkać tam możemy byty duchowe, naszych osobistych przewodników, a nawet astrale zwierząt. Ostatnie z omawianych miejsc, tzw. Plan 3, najbardziej przypomina rzeczywistość marzenia sennego, nad którą jednak nie mogą panować nawet ci doświadczający świadomego śnienia. Jest to bowiem rzeczywistość zupełnie niezależna od naszej świadomości.


I teraz najciekawsze. Jak wejść w OBE? Wspomniałam już o synchronizacji półkul dzięki specjalnym nagraniom stworzonym przez Monroe’a. Jednak to nie jedyny sposób. Pomogą nam też medytacje czy wizualizacje opisane dokładnie w literaturze fachowej. Ja przytoczę tu tylko jeden, podobno najprostszy sposób, który sprawdzi się w przypadku początkujących. Metoda zwana 4+1 polega na zaśnięciu o zwykłej porze, a następnie wybudzeniu się po 4 godzinach i pozostaniu przytomnym przez godzinę. Następnie kładziemy się do łóżka i w tym stanie istnieje realna szansa na osiągnięcie OBE. 
Jeśli do tej pory nie mieliście żadnego kontaktu zarówno z wychodzeniem z ciała, jak i świadomym śnieniem, przed praktyką niezbędne jest zapoznanie się z częścią teoretyczną. Lepiej przecież wiedzieć, jakie uczucia i wrażenia mogą temu towarzyszyć, jak się zachować, gdy nam się uda i oczywiście jak bezpiecznie wrócić. Nasz tekst nie ma charakteru instruktażowego i jest jedynie zarysem zjawiska. Warto o tym pamiętać, szczególnie jeśli już planujecie pierwszą podróż astralną😊

Copyright © 2016-2018 celebruj czas wolny , Blogger