Najlepszy lekarz i terapeuta? Twój własny mózg (i jelita)

Najlepszy lekarz i terapeuta? Twój własny mózg (i jelita)

Pisaliśmy niedawno o neuroprzekaźnikach. Temat ciekawy, bo każdego pośrednio lub bezpośrednio interesuje chemia własnego mózgu. Przeciętny człowiek nie wie o niej zbyt wiele, za to wyraźnie odczuwa jej skutki. Zarówno poczucie energii i szczęścia, odczytywane jako dobry nastrój, jak i potoczny “dół” to pokłosie tych procesów  Po takim stwierdzeniu szybko pojawia się pytanie, czy można je naturalnie kontrolować. Warto jednak najpierw  pójść nieco głębiej.

Wspomniany we wcześniejszym wpisie lekarz i naukowiec Eric R. Braverman w swoich publikacjach przypomina o pomijanym często we współczesnej medycynie związku umysłu z ciałem. Rzeczywiście, gdy spojrzymy na dzisiejsze specjalizacje medyczne, zdaje się jakby system leczenia widział w nas zbiór oddzielnych układów. Każdym z nich zajmuje się inny lekarz, a konsultują się ze sobą tylko w szczególnych przypadkach. 



Najstarsze szanowane szkoły medycyny, takie jak indyjska Ajurweda, podchodziły do tego inaczej. Postrzegały  bowiem człowieka jako całość i tak go leczyły. Braverman nawiązuje do tych koncepcji i forsuje tezę łagodzenia bolączek ciała poprzez zajmowanie się umysłem. Oczywiście nie wszystkie choroby mają podłoże psychosomatyczne. Współcześni lekarze coraz częściej przyznają jednak, że umysł i ciało mają na siebie bezpośredni wpływ.

Poznając i regulując chemię mózgu można też wyzwolić maksymalny potencjał ciała. W tym kontekście pytanie o kontrolę, które pojawiło się wcześniej, nabiera więc jeszcze ciekawszego charakteru.


Jak to działa?


Zacznijmy od początku. Żywioły czy elementy były obecne w filozofii i medycynie każdej starożytnej cywilizacji. Istniały w babilońskim zodiaku, leżą też u podstaw buddyzmu. Na  cztery podstawowe kategorie dzielono też zachowania i symptomy. Dobrze widać to na przykładzie medyków greckich. Początków choroby upatrywali się oni w braku równowagi między życiodajnymi substancjami, które nazywali “humorami”. Zaliczały się do nich krew, flegma, żółć i czarna żółć. To oni stworzyli teorie obowiązujące przez następne setki lat.


Koncepcje się zmieniały, a elementarna czwórka pozostała. XIX wiek powiązał poszczególne zachowania ludzkie z czterema konkretnymi płatami mózgu. Kolejne lata wzbogaciły nas o wiedzę na temat charakterystycznych im fal.

I tu wracamy do wstępu. Trudno bowiem bezpośrednio obserwować wspomniane procesy chemiczne. Mózg jest niesamowicie złożonym organem i do tej pory nie zrozumieliśmy w pełni wszystkich zachodzących w nim reakcji. Możemy za to obserwować ich skutki, czyli jego elektryczną aktywność. Badanie, które temu służy, to elektroencefalografia ilościowa, nazywana też mapowaniem mózgu. Poznajemy dzięki niemu podstawowe parametry pracy tego organu. Możemy też diagnozować nieprawidłowości w jego falach oraz ustalić poziomy głównych neuroprzekaźników: serotoniny, GABA, dopaminy i acetylocholiny.


Nie kontrola, a wsparcie

W swoim słynnym artykule “The Edge Effect” Braverman dowodzi, że brak równowagi między neuroprzekaźnikami prowadzi do zahamowania naszych naturalnych potencjałów, a tym samym pogorszenia samopoczucia. Według niego regulowanie gospodarki neuroprzekaźnikowej jest najbardziej skuteczne przy pierwszych symptomach kryzysu.
Kluczowa jest więc dobra diagnostyka i szybkie reagowanie.


Dlatego właśnie badacz stworzył swój autorski test, o którym pisaliśmy tutaj. Jego główne zadanie to określenie naszej natury, czyli substancji dominującej w tym konkretnym układzie nerwowym. Upraszczając, dopaminowcy pchają świat do przodu, a natura serotoninowa to nie znoszący rutyny eksperymentatorzy. W praktyce każdy z nas jest jednak swoistą mozaiką tych czterech substancji. Braverman przekonuje, że jeśli dobrze poznamy i wesprzemy charakterystyczną dla nas równowagę, doprowadzi nas ona do zdrowia i szczęścia. Bo podobno jedno nie może istnieć bez drugiego.


Wniosek słuszny, jak więc się wspierać? Powiązanie mózg reszta ciała idzie w obie strony. Na poziomy omawianych substancji wpływają więc nie tylko nasze predyspozycje, ale i dieta, układ hormonalny czy aktywność fizyczna. Braverman w jednej ze swoich książek rozpisuje się szeroko o odpowiedniej diecie dla każdego temperamentu. Wraca tym samym do ajurwedyjskiej koncepcji dosz, w której odpowiedni pokarm również łączy się ściśle z naturą danej osoby. Wszystko to zgrywa się z odkryciami współczesnej medycyny, która już od dawna nazywa układ jelitowy “drugim mózgiem”. Dziś wiemy bowiem, że zawiera on miliony neuronów i jest to drugie największe skupisko komórek nerwowych w naszym ciele.


Na koniec ciekawostka. Kilka lat temu naukowcy z Uniwersytetu Alabama mogli dokonać sensacyjnego odkrycia. Neuroanatom Rosalinda Roberts podczas analizowania  tkanki mózgowej pod mikroskopem elektronowym zaobserwowała w niej nieznane obiekty. Po testach okazały się one swoistymi bakteriami jelitowymi. Nie wiadomo, jak się tam znalazły, ale dalsza praca naukowców potwierdziła ich obecność również w mózgach części myszy laboratoryjnych. Badania trwają.
źródło: "The Edge Effect: Revolutionary Brain-Mind-Body Science", douglaslabs.ca
Spokojnie, to tylko neuroprzekaźniki

Spokojnie, to tylko neuroprzekaźniki

Twierdzenie że tylko my, ludzie, jesteśmy zdolni do autorefleksji jest na pewno mało obiektywne. Nie da się jednak ukryć, że uwielbiamy poznawać i szufladkować samych siebie. Nie lubimy łatek od innych, ale dość chętnie przylepiamy je sobie. Nie ma w tym nic dziwnego stereotypy i inne skróty myślowe są potrzebne naszemu systemowi nerwowemu. Dopóki nie są krzywdzące, wszystko z nimi ok.



Pewnie dlatego większość z nas z zainteresowaniem odczytuje zarówno wyników testu wskazującego “kolor duszy” czy bóstwo karmiczne, jak i profesjonalnych badań w gabinecie terapeuty. W dobie Internetu przeżywamy wysyp różnego rodzaju testów rozrywkowych zahaczających niekiedy o podstawy psychologii. Na szczęście sieć daje nam też dostęp do kilku dużo poważniejszych narzędzi, których wyniki są rzetelne i miarodajne.

Jednym z nich jest test Erica R.Bravermana, amerykańskiego psychiatry i badacza, który w 2004 wydał książkę pod tytułem „The Edge Effect”. Autor zwraca w niej uwagę na kluczowe, a zdaje się nieco zapomniane powiązanie głowa - ciało. Radzi też zacząć od tej pierwszej, gdy choruje cała reszta.

Bolączki ciała są często chorobami nastroju, a te są kontrolowane przez neuroprzekaźniki. Cztery główne to acetylocholina, GABA, serotonina i dopamina. Braverman przekonuje, że poznanie substancji, która dominuje w naszym układzie nerwowym, to milowy krok do dobrostanu psychicznego. Test pozwala bowiem również rozpoznać niedobory, które mogą być jedną z przyczyn chronicznego stresu, bezsenności czy złego nastroju. A znając przyczyny łatwiej zrozumieć skutki. Brzmi pragmatycznie, bo to czysta chemia.


Test można wypełnić tutaj:



Arthur Avalon i czakry

Arthur Avalon i czakry

Czy wiecie, że na zachodnie rozumienie tak popularnych pojęć jak tantra czy czakry wpłynęła praca jednego człowieka? John Woodroffe, bo o nim mowa, był brytyjskim prawnikiem i orientalistą, który pracował jako urzędnik Sądu Najwyższego w Kalkucie pod koniec XIX wieku. Oprócz obowiązków sądowych przez lata zajmował się pracą naukową na tamtejszym uniwersytecie oraz tłumaczeniami oryginalnych tekstów z sanskrytu, które publikował pod pseudonimem Arthur Avalon. O tym, jak rozległa była jego wiedza na ten temat, świadczy też fakt, że pod koniec życia wykładał prawo indyjskie na uniwersytecie oxfordzkim. Ale zacznijmy od początku.


Sir John George Woodroffe urodził się 15 grudnia 1865 roku jako najstarszy syn Jamesa Tisdalla Woodroffe'a, adwokata generalnego Bengalu. Zdobył staranne wykształcenie na wydziale prawa w Oxfordzie i w 1890 zaczął pracować dla Sądu Najwyższego w Kalkucie. Jak wspomnieliśmy na wstępie dzięki zamiłowaniom naukowym szybko i na stałe związał się też z tamtejszym uniwersytetem. Początki jego kariery naukowej dotyczą prawa indyjskiego, ale Woodroffe nie był tylko adwokatem. Jego zainteresowania dotyczyły również kultury Indii, a szczególnie tantry. W czasie swojej kariery adwokackiej przetłumaczył dwadzieścia tekstów sanskryckich, które stały się podstawą tego, co zachodnia kultura wie (lub tak jej się zdaje) obecnie o indyjskich praktykach duchowych.
Woodroffe był dociekliwym naukowcem i ciekawą osobowością, nieczęsto spotyka się przecież prawników z zainteresowaniami ezoterycznymi prawda? O tych ostatnich świadczy choćby  jego pseudonim. Arthur Avalon to imię i nazwisko jasno kojarzące się z legendą o królu Arturze i rycerzach okrągłego stołu. W tej historii kluczową rolę odgrywa Święty Grall, który dla XIX-wiecznych teozofów był symbolem ezoterycznej mądrości. Ponieważ Woodroffe nie tylko tłumaczył, ale i szeroko komentował teksty dotyczące tantry, jogi czy Shaktizmu, z całą pewnością posiadał nie tylko ogromną wiedzę teoretyczną. Lata spędzone w Indiach, ogrom pracy naukowej i  wyraźne zainteresowania duchowością pozwalają sądzić, że był też pilnym adeptem praktyk, które opisywał w swoich książkach.



Ponieważ publikacji, zarówno tych pod własnym nazwiskiem jak i pseudonimem, było sporo, warto opowiedzieć krótko choćby o jednej z nich. „Joga Kundalini - droga do samopoznania”, czyli jedno z jego najważniejszych dzieł, to zbiór tłumaczeń tekstów o tantrze. Sięgając do niej dowiemy się, że popularne rozumienie tantry jako „praktyki bliskości” czy zbioru duchowych praktyk seksualnych ma niewiele wspólnego z jej tradycyjnym znaczeniem. Pierwotnie tantra była pojmowana jako „boski zestaw praktyk duchowych”, które kładą szczególny nacisk na ciało. Ich podstawowym założeniem jest wiara, że właśnie przez nie, a nie przez umysł może dokonać się prawdziwa transformacja duchowa. Drugą podstawową różnicą między tantrą a innymi indyjskimi ścieżkami duchowymi była szczególna rola nauczyciela. Kult guru był tu kluczowy, a zupełne oddanie mu się z pełnym zaufaniem - warunkiem dalszego rozwoju. Lektura dziewięciu rozdziałów Jogi Kudalini nie jest prosta. Po pierwsze dlatego, że autor nie stosuje żadnych uproszczeń i z pasją oddanego tłumacza stara się oddać ducha tekstów oryginalnych. Po drugie przeszkodą może być język. Książka pisana w 1919 bywa bowiem ciężkostrawna dla współczesnego czytelnika. Jeśli jednak zależy nam na dotarciu do tekstów źródłowych i poznaniu szerszego kontekstu podstawowych pojęć tantrycznych, jest to lektura obowiązkowa.

Od kiedy terminy takie jak joga, tantra czy czakra weszły do kulturowego mainstreamu, niewiele osób ma determinację, by poznać ich prawdziwe znaczenia. Zapewne nie przeszkadza to choćby po części korzystać z duchowej spuścizny Indii. W każdej praktyce chodzi przecież o intencję, czyli pragnienie rozwoju/samopoznania. Dla tych, którym jednak zależy na rzetelnej wiedzy, praca Arthura Avalona będzie bezcenna.
Wpływ głodówki na ciało i umysł

Wpływ głodówki na ciało i umysł

Posty i głodówki są znane ludzkości od wieków. Stanowiły ważny element w praktykach joginów czy szamanów. Przez tych drugich były szczególnie chętnie stosowane w ramach terapii uzdrawiających. Za kolebkę głodówki leczniczej uznawane są co prawda starożytna Grecja i Egipt, ale wiemy, że stosowano ją również w leczeniu ciężkich chorób w Indiach. Co ciekawe największą nowożytną dokumentacją „leczenia głodem” dysponują Rosjanie. Przeprowadzili oni też największą liczbę badań i doświadczeń związanych z głodówkami leczniczymi. To właśnie tamtejsi badacze zanotowali przypadki remisji lub wyleczenia niektórych chorób psychicznych po zastosowaniu racjonalnego postu. Do dziś metoda ta jest tam bardzo popularna i nazywana często „operacją bez skalpela”. Nadal więc głodówkom przypisuje się właściwości prozdrowotne i głęboko oczyszczające organizm Rzeczywiście układ pokarmowy jest jedynym, którego funkcjonowanie możemy kontrolować w tak znacznym stopniu lub wręcz zatrzymać w czasie ścisłego postu. Czy jednak prosta teoria mówiąca, że odciążone od pokarmów ciało regeneruje się i uzdrawia ma potwierdzenie w rzeczywistości? A jeśli nawet, to czy cały proces ma tylko dobroczynne skutki?




Eksperyment głodowy w Minnesocie
   
Dobrym punktem wyjścia dla tematu głodu będzie doświadczenie przeprowadzone w 1944 roku w Stanach Zjednoczonych. Młody profesor i konsultant Departamentu Wojny, dr Ancel Keys z grupy 200 ochotników wybrał 36 zdrowych mężczyzn i poddał ich rocznemu eksperymentowi głodowemu.  W obliczu wojny i wyniszczonej nią Europy niedożywienie było coraz poważniejszym problemem. Badanie miało na celu pokazać jego krótko i długofalowe konsekwencje, by dzięki temu skuteczniej je łagodzić. Co ciekawe większość badanych odbywała Civilian Public Service, czyli ówczesną alternatywną dla wojskowej służbę w cywilu. Tacy rekruci pracowali zwykle na farmach lub w urzędach publicznych. Ochotnicy byli więc w dużej części pacyfistami, zmotywowanymi, by w ten sposób przysłużyć się nauce. Dzięki starannej selekcji wybrano osoby stabilne psychicznie. Obiektywnie rzecz biorąc nie byli oni głodzeni na żadnym etapie doświadczenia.
Składało się ono z czterech faz:

1. Etap kontrolny - przez 12 tygodni, wszyscy otrzymują te same posiłki, około 3210 kcal dziennie.

2. Głodówka trwająca 24 tygodnie. W tym czasie racje obcięto o połowę.
Uczestnicy badania spożywali 1600 kcal w formie dwóch prostych posiłków dziennie.

3. Faza ograniczonej rehabilitacji - 12 tygodni.  Dla sporej części badanych najtrudniejszy moment. Podzielono ich w tym czasie na cztery grupy - każda na innej diecie.

4. Nieograniczona rehabilitacja - trwająca 8 tygodni ostatnia część eksperymentu w której badani mogli jeść co chcieli i ile chcieli. Naukowcy ograniczyli się w niej do obserwacji.

Wspominaliśmy już, że poddani eksperymentowi mężczyźni nie głodowali. 1600 kcal, które otrzymywali na etapie postu, to norma dla większości diet. Mimo to już pierwsze tygodnie na ograniczonych racjach ciężko odbiły się na stanie psychicznym grupy. Początkowa ogólna apatia szybko przerodziła się w agresję i nieufność. Część badanych zaczęła jeść w ukryciu, a to nie jedyna zmiana, jaka zaszła w ich stosunku do jedzenia. W wielu dziennikach, które w czasie eksperymentu obowiązkowo prowadzili ochotnicy, ten temat przewija się wręcz obsesyjnie. Podobnie było z rozmowami. Po zakończeniu doświadczenia część z nich ze strachem wspominała okres głodówki, gdy pożywienie stało się jedynym sensem i treścią życia. Można założyć, że była to naturalna reakcja w warunkach badawczych, gdzie uczestnicy byli pozbawieni prywatności, jadali wspólnie, a ich codzienna aktywność pozostawała mocno kontrolowana. Może właśnie dlatego jeszcze trudniejszy okazał się następny etap, kiedy jadali więcej, ale nie po równo i nie to samo. Było to tak frustrujące, że w tym właśnie czasie doszło nawet do wypadku samookaleczenia.
Badanie jako całość pokazuje więc nie tylko fizyczne i psychiczne, ale również społeczne czy interpersonalne skutki długotrwałego niedożywienia. Wzbogaciło też znacząco wiedzę współczesnych badaczy i przyczyniło się do opracowania skutecznych metod odkarmiania głodujących.

Głodówka na życzenie

Doświadczenie przeprowadzone w Minnesocie jasno pokazuje, jaki wpływ na nasz stan psychiczny może mieć głód. Wiemy też, jak wyniszczająco, szczególnie na dłuższą metę, działa na ciało. Lekarze od lat jednogłośnie przestrzegają przed głodówkami. Skąd więc tylu zwolenników takiej metody leczniczej?
Już na wstępie wspomnieliśmy, że ścisłe posty są mocno zakorzenione w pierwotnych praktykach duchowych. Zupełne powstrzymywanie się od jedzenia było w nich nie tylko czasem oczyszczenia i wyciszenia, ale i próbą woli. Co ciekawe również współcześnie w relacjach z głodówek przewija się motyw sytuacji granicznej, wynikającego z niej przewartościowania i ogromnej satysfakcji z zapanowania nad własnym ciałem. Czy jest to jednak przede wszystkim bezpieczne? Okazuje się, że nie dla każdego. Do najważniejszych przeciwwskazań dla głodówki leczniczej należą: niedowaga, wiek rozwojowy, okres ciąży i karmienia piersią, niektóre choroby serca i stałe przyjmowanie leków. To ostatnie wyklucza często również osoby leczące się psychiatrycznie. Bardzo ważnym dla zdrowia czynnikiem jest również długość planowanego postu. Jednodniowe głodówki mające na celu pozbycie się nadmiaru wody z organizmu i odciążenie układu pokarmowego może stosować prawie każdy dorosły. Lecz do przerwy od jedzenia dłuższej niż jeden dzień należy się przygotować. A co podkreślają naturopaci, jeśli planujemy taki post po raz pierwszy, trzeba to robić pod opieką lekarza. Radzi to też Małachow, rosyjski uzdrawiacz i autor wielu poczytnych książek o głodówkach oczyszczających. Jego zdaniem pierwsza głodówka nie powinna trwać dłużej niż 5 czy 6 dni - do pierwszego przełomu kwasiczego. Co to takiego? Sprawdźmy, analizując stan ciała i umysłu w czasie pełnej głodówki. Jej długość to kwestia indywidualna, jednak entuzjaści długich postów przekonują, że pełen cykl daje trwałe efekty i może wyleczyć nawet choroby przewlekłe.

Okres przygotowawczy, najlepiej zaczynać wczesnym latem, gdy mamy najłatwiejszy dostęp do świeżych owoców i warzyw. Powinien on trwać minimum 2 tygodnie. W tym czasie wykluczamy stopniowo z jadłospisu mięso i nabiał. Ostatnie dni dobrze przeżyć na diecie owocowo-warzywnej lub samych sokach. Dzięki temu pierwszy etap będzie łatwiejszy. Nie oznacza to jednak, że pójdzie gładko i warto szczególnie na początku przygotować się na nieprzyjemne objawy. Rozdrażnienie, spadek energii i nastroju może pojawić się już na etapie diety redukcyjnej, szczególnie u osób, które do tej pory nie ograniczały w żaden sposób spożywania produktów odzwierzęcych. Pierwsze dni postu utrudnia dodatkowo oczywisty głód. U każdego z nas uczucie to łączy się automatycznie ze złością, wahaniami nastrojów i sporą drażliwością. Aby złagodzić te symptomy, warto, na ile to możliwe, ograniczyć kontakt z jedzeniem. Pomaga też woda, umiarkowany ruch, konieczne w głodówce lewatywy i, jak twierdzą zaprawieni w postach, urynoterapia. Nie warto jej jednak stosować bez odpowiedniej wiedzy na ten temat.
Okres pobudzenia pokarmowego, gdy opisane wyżej symptomy szczególnie nam dokuczają, trwa na szczęście krótko. W tym czasie możemy jednak tracić do kilograma dziennie, również przez to, że z ciała usuwany jest sód oraz nadmiar wody. Przez ten czas przemiana białkowa normalizuje się i znikają obrzęki. W organizmie zachodzą też zmiany hormonalne mające dostosować ciało do braku pożywienia. Gwałtownie skacze poziom hormonu wzrostu oraz substancji odpowiedzialnych za rozkład cukrów w wątrobie.  Procesy te powodują, że po dwóch czy trzech dniach uczucie łaknienia słabnie, a z czasem zupełnie zanika. Wielu głodujących doświadcza wtedy wzrostu energii. Nastrój się stabilizuje, a nasz organizm wchodzi w rytm postu.
Drugi etap głodówki, czyli „narastająca kwasica”, trwa kilka dni i kończy się pierwszym przełomem kwasiczym, który pojawia się między szóstym a dziesiątym dniem całego procesu. W tym czasie głód już nam tak nie dokucza, wzrasta za to uczucie pragnienia. Objawy fizyczne kwasicy, jakich możemy się spodziewać, to nudności (szczególnie po wypiciu większej ilości wody na raz), bóle i zawroty głowy oraz osłabienie. Skóra i wargi stają się suche, a na języku pojawia się charakterystyczny biały nalot. W żołądku zatrzymane zostaje wydzielanie kwasu solnego, przenikają więc do niego nienasycone kwasy tłuszczowe i białka. Te pierwsze pobudzają produkcję cholecystokininy, to między innymi dzięki niej w tym czasie tak intensywnie wydzielana jest żółć i oczyszcza się wątroba.
Sam przełom kwasiczy to nagłe, krótkotrwałe pogorszenie samopoczucia, wynikające nie jak się sądzi z zakwaszenia organizmu przez ciała ketonowe, powstające w wyniku spalania tłuszczów. A jeśli nawet, to tylko po części. Kryzys spowodowany jest głównie rozpoczętymi już wcześniej procesami detoksykacji. Zachodzi jednak i inna ważna zmiana. W tym czasie organizm przechodzi z odżywiania zewnętrznego na autotrawienie, jeszcze skuteczniej pozbywając się tego, co zbędne. W przebiegu pełnej głodówki mogą wystąpić aż trzy takie kryzysy. Przez naturopatów każdy z nich kojarzony jest z coraz głębszymi procesami oczyszczania i samoleczenia organizmu. Rzeczywiście już w pierwszym, zwykle najcięższym uwalniane zostają złogi i odzywają się ukryte stany zapalne. Na tym etapie u osób borykających się z nadwagą spalany jest tłuszcz. Ciała osób szczupłych przetwarzają w tym czasie zbędne lub zmienione chorobowo komórki.



Znaczna poprawa samopoczucia oznacza koniec przełomu. Może, ale nie musi być to najcięższy okres głodówki. Im lepiej się do tego przygotujemy, tym mniej toksyn będzie miał do usunięcia nasz organizm.
Dojście do tego etapu i kontrolowany powrót do jedzenia zalecane jest przy pierwszych postach. Jeśli w tym momencie jesteśmy gotowi dalej głodować, drugiego przełomu możemy spodziewać się dopiero około dwudziestego dnia i przechodzi się go zwykle dużo łagodniej. Ponieważ nastrój i funkcjonowanie stabilizują się, nie warto spodziewać się ani dużych kryzysów, ani zastrzyków energii i euforii pierwszych dni. W tym momencie, aby maksymalnie wykorzystać prozdrowotne właściwości głodówki racjonalnej, niezbędna jest dyscyplina. Skubnięty w ukryciu najmniejszy kęs wznawia perystaltykę jelit i przestawia organizm na tryb zewnętrzny. Takie rozchwianie może być niebezpieczne dla organizmu i zdecydowanie niekorzystnie wpływa na cały proces. Na tym etapie bardzo ważna jest też zarówno samoobserwacja, jak i okresowa kontrola lekarska. Podczas pełnej głodówki należy przynajmniej raz zrobić badania krwi i moczu oraz badania EKG według wskazań.
Wysiłek się opłaca. Ostatni z przełomów jest zdaniem wielu w stanie wyleczyć choroby przewlekłe i odmłodzić nasze ciało o kilka lat. Aby się o tym przekonać, trzeba jednak powstrzymać się od jedzenia na ponad dwadzieścia dni. Wyraźnym znakiem zakończenia pełnej głodówki jest powrót łaknienia. Z języka powinien zniknąć też biały nalot. Wiele osób właśnie w tym momencie doświadcza stanów euforycznych i swoistego olśnienia, do którego dążyli zarówno szamani, jak i starożytni grecy. Dalsze głodowanie może jednak doprowadzić do nieodwracalnych zmian w organizmie i w skrajnych przypadkach skończyć się śmiercią. Koniecznie więc jest przyjmowanie posiłków, stopniowo wprowadzając kolejne grupy produktów.  W czasie dobrze prowadzonej głodówki żaden z przełomów kwasiczych nie zagrozi naszemu zdrowiu. Odpowiednie nawodnianie i konieczne w czasie głodówki lewatywy znacznie łagodzą nieprzyjemne objawy. Jak na tak długie powstrzymywanie się od jedzenia reaguje umysł? Wraz z poprawą samopoczucia po przełomach pojawia się stabilny nastrój. Osoby praktykujące głodówki zgodnie przyznają, że gdy ciało wejdzie w rytm postu, umysł oczyszcza się i wycisza. Mimo okresowego osłabienia pojawia się też motywacja do działania i przyjemne uczucie lekkości ciała i ducha. Takie samopoczucie towarzyszy nam zapewne również w okresie adaptacji pokarmowej, na którą trzeba poświęcić tyle samo czasu, ile na sam post.

Mimo kontrowersji i mitów, jakie narosły wokół głodówek, te racjonalne mają zdecydowanie pozytywny wpływ na nasz organizm. Jeśli nie dotyczą nas wymienione na wstępie przeciwwskazania, warto rozważyć tę metodę bioodnowy, niekoniecznie i nie zawsze w pełnym cyklu. Ciekawą alternatywą są okresowe redukcje wybranych grup produktów i krótkie głodówki. Obojętnie na jaką formę się zdecydujemy, kluczem do sukcesu są wiedza, samoświadomość oraz dyscyplina.  Bo dobrze przeprowadzona głodówka może, jak widać, dosłownie odjąć nam lat.
Słowiańskie mantry - wprowadzenie

Słowiańskie mantry - wprowadzenie

Jeszcze w szkole zastanawiałam się, dlaczego na lekcjach polskiego czy historii tak dużo dowiadujemy się o kulturze starożytnej Grecji, nic przy okazji nie wiedząc o wierzeniach Słowian przed 966. Później zrozumiałam, czym jest model klasycznej edukacji i dostrzegłam więcej skutków chrystianizacji naszego kraju niż możemy wyczytać z podręczników. Chrzest oznaczał bowiem śmierć naszych pogańskich korzeni. Po kulturze dawnych Słowian zostało niewiele, Polan - właściwie nic. Dlatego współcześnie wiedzę na ten temat możemy czerpać ze źródeł rosyjskich czy białoruskich. Dzięki nim zainteresowani mogą poznać choć część mitologii, symboliki czy słowiańskich praktyk duchowych. Pisaliśmy już o tym zagadnieniu (tekst Prapolska), a także o systemie ćwiczeń Stojąca Woda (tutaj). Praktyka ta miała za zadanie zadbać o dobrą kondycję ciała i umysłu słowiańskich kobiet. Możemy z niej korzystać dzięki mozolnej pracy poszukiwawczej i rekonstrukcjom badaczy najdawniejszej kultury rodzimej.
Dziś chcę wam pokazać Agmy, czyli słowiańskie mantry. Okazuje się bowiem, że to, czego wielu szuka w dalekich Indiach czy Tybecie mamy też u siebie.




Agma (Агма) w wierzeniach słowiańskich oznacza Słowo Mocy, dźwięk, w który wciela się sam Bóg. Gdy zostaje ono wypowiedziane, uruchamia i pobudza cały układ energetyczny do zmiany częstotliwości. Sprzyja to przemianie duchowej i cielesnej oraz pogłębia świadomość bycia tu i teraz. Systematycznie powtarzane Agmy z poprzedzającą je odpowiednią intencją wprawiają w głęboki stan medytacyjny - tak jak przypadku buddyjskich mantr.
Ponieważ słowom tym przypisuje się boskie pochodzenie, często wykorzystywano je również w praktykach leczenia i samoleczenia, wierząc, że dźwięk w odpowiedniej częstotliwości rezonuje w ciele, wzmacniając je. Co ciekawe mantry wszystkich kultur w większości nie mają bezpośredniego odniesienia w języku. Ważniejsza od znaczenia jest intencja wypowiedzi i, jak już wspomnieliśmy, częstotliwość samego dźwięku.

Jedną z najpopularniejszych słowiańskich Mantr jest RADORO DARO SLAWO (РАДОРО ДАРО СЛАВО). Każde z tych słów ma inne zadanie. RADORO przywraca równowagę systemu energetycznego sprzyja i budowaniu bliskich więzi międzyludzkich. DARO odsłania i rozwiązuje konflikty wewnętrzne, będąc przy okazji niezwykle silnym zaklęciem ochronnym. Ostatnie ze słów mocy pomaga wyciszyć gonitwę myśli i wzmacnia intuicję dzięki klarowaniu naszego wewnętrznego głosu.
Dodatkowo ta wersja nagrana jest w częstotliwości 432 Hz, która nazywana jest często strojem naturalnym Solfeggio. Jest to poziom wibracji najczęściej występujący w przyrodzie i bardzo przyjazny dla naszego ciała i umysłu.



Copyright © 2016-2018 celebruj czas wolny , Blogger